Z rodziną wychodzi się dobrze nie tylko na zdjęciu!

Tegoroczną edycję Radziejowickich Wieczorów Jazzowych rozpoczął niezwykły duet – kontrabasista Paweł Pańta wystąpił ze swoim synem Stanisławem Pańtą, który zasiadł za fortepianem. Było niezwykle nastrojowo i klimatycznie. Ze sceny popłynęły dźwięki najpiękniejszych muzycznych standardów, pojawił się też Moniuszko i Chopin w zupełnie nowej odsłonie.  

W Polsce jesień nieodłącznie kojarzy się z jazzem. W całym kraju organizowane są zaduszki jazzowe – cykle listopadowych koncertów. To długa tradycja, po raz pierwszy odbyły się one w Krakowie, 1 listopada 1954 roku, w sali gimnastycznej jednej z tamtejszych szkół podstawowych. Również w kolejnych latach w okresie Zaduszek do Krakowa co roku zjeżdżali jazzmani z całego kraju. Spotykali się w salach, klubach a nawet prywatnych mieszkaniach, przyciągając wielbicieli jazzu. Z czasem ta tradycja rozlała się na inne miasta Polski, w tym również na Radziejowice.

– Cieszę się, że możemy spotkać się dziś bezpośrednio – powiedziała na otwarciu festiwalu dyrektor radziejowickiego Domu Pracy Twórczej Ewa Wytrążek. – Tak jak lato ma festiwal im. Jerzego Waldorffa, tak jesień, nastrojowa i pełna barw, będzie doskonałym czasem na spotkania jazzowe. W tym roku zaplanowaliśmy cztery koncerty, w przyszłości być może cykl będzie dłuższy – powiedziała.

Paweł Pańta nie pierwszy raz grał w Radziejowicach, o czym przypomniał na początku koncertu. – Darzę to miejsce szczególną estymą. Miałem okazję występować tu wielokrotnie jeszcze w zeszłym wieku, nie tylko jako muzyk jazzowy, ale też w zespołach grających klasykę – wspominał.

Na początek muzycy zaprezentowali hity jazzowe, w tym „Body and soul” i „So what”, oddając hołd legendom jazzowego basu – Jimmiemu Blantonowi, Oscarowi Pettifordowi i Paulowi Chambers. Jimmy Blanton nazywany jest ojcem kontrabasu jazzowego. Grając z orkiestrą Duka Ellingtona zrewolucjonizował grę na kontrabasie. Dotychczas instrument ten traktowano wyłącznie jako tło rytmiczno-harmoniczne. Blanton zaczął jednak wysuwać go na pierwszy plan, jako instrument solowy, prezentujący linię melodyczną. Jego wizję kontynuowali dwaj pozostali basiści. Co ciekawe, wszyscy trzej odeszli przedwcześnie. Blanton zmarł w wieku 24 lat na gruźlicę, Pettiford w wieku 38 lat na wirus spokrewniony z polio, a Chambers w wieku 33 lat również na gruźlicę.

To zrewolucjonizowane podejście do linii basu słychać było przez cały czwartkowy wieczór. Paweł Pańta grał pizzicato, ale używał też smyczka, snując niezwykłe melodie. Fortepian i kontrabas na zmianę ustępowały sobie miejsca, wymieniając się frazami. Raz fortepian zostawiał bogatą przestrzeń kontrabasowi, akompaniując mu jedynie delikatnie w tle, kiedy indziej bas przejmował funkcję rytmiczno-harmoniczną, a fortepian wybijał się na lidera. Część motywów muzycy grali unisono, akcentując linię melodyczną.

Wykonano m.in. utwór „Ballad for Bernt” Krzysztofa Komedy, muzycy zadedykowali go zmarłemu w tym roku Wojtkowi Karolakowi. Zaprezentowali również dwie własne kompozycje, przechodząc następnie  do utworów klasycznych w nowej, rozrywkowej odsłonie.

Paweł Pańta zagrał arię Skołuby „Ten zegar stary” z opery Stanisława Moniuszki „Straszny dwór” w wersji jazzowej, na kontrabas solo. Był to niezwykle piękny utwór, lekki, żartobliwy, wykonany z finezją, elegancją i polotem. Następnie Stanisław Pańta wykonał Etiudę Rewolucyjną Chopina. Pierwsze frazy, zgodne z oryginałem, wprowadzały słuchaczy w niezwykły chopinowski klimat, po czym nastąpiło szybkie cięcie – burza się uspokoiła, kojące dźwięki wyciszyły wielki niepokój, jaki bije z oryginału, pojawiły się nieoczywiste harmonie przeplatane oryginalnymi motywami melodycznymi.   

W duecie muzycy wykonali jeszcze dwa utwory kompozytora – Preludium deszczowe i Mazurek B-dur, które podobnie jak etiuda rozpoczęły się zgodnie z tekstem Chopina, po czym włączał się kontrabas i muzyka płynęła już nowym, swoim własnym torem. Na koniec zagrali utwór inspirowany jedną z pieśni Franza Schuberta z cyklu „Winterreise”. Nie obeszło się oczywiście bez bisu, muzycy ujęli publiczność swoim profesjonalizmem, muzykalnością, biegłością, ale i niezwykłym ciepłem. 

Wyczuwalne było doskonałe zrozumienie się ojca i syna, którzy prezentowali w pełni demokratyczne podejście do grania. To doskonały dowód na to, że występ na jednej scenie dwóch pokoleń muzyków nie musi oznaczać siłowania się, ale wzajemną inspirację i czerpanie z doświadczeń drugiej strony. Dzięki temu muzykowanie jest świeże i niepowtarzalne.

Monika Borkowska